Wróciłam! Choć nigdzie nie byłam… Więcej mnie na insatagramie, więc tam zapraszam.

Jakiś czas temu, trochę nas zasypało, co prawda nie na długo i nie za wiele, ale zawsze!
Wykorzystaliśmy to, na białe szaleństwo.
Wybrałam się z chłopakami i naszym psem Joką na sanki.
Wyruszyliśmy w stronę naszego Anioła Północy (taki trochę Jezus w Świebodzinie). Jedziemy. A raczej Chłopaki jadą, ja występuje w roli konia pociągowego.

Ja sapie, Mak chichocze, Alex powtarza w kółko „mama”, Joka drze japę. Szczekaniem tego nie da się nazwać. Gdy widzi śnieg, totalnie jej odbija i wyje niemiłosiernie i cofa się w rozwoju o jakieś pisiont lat. Oczywiście, uciszam ją co jakieś 5 sekund, bo na tyle to starcza.Gdy dotarliśmy na miejsce pozjeżdżaliśmy z górek, porzucaliśmy się śnieżkami, wytarzaliśmy się w śniegu i taki tam inny zimowy standard.

W pewnym momencie podszedł do nas gość, wyposażony w kilka aparatów fotograficznych. Widzę, że coś do nas mówi, ale Joka oczywiście obrońca stada, samica alfa, osobisty ochroniarz i komandos w jednym znowu drze się tak, że nie wiadomo o co chodzi.
W oczach gościa widać lekki strach i niepewność przez co Joka ujada jeszcze głośniej.

Gość coś gada, Joka szczeka, ja ją łapie, Maks pyta czy może spróbować śnieg, Alex płacze. No istna sielanka. Po uciszeniu psa, odpowiedzeniu Makowi byle nie żółty, wytarciu baboli Alexandra, które chyba z ciekawości wyszły zobaczyć co się dzieje i po jakimś piątym razie spytaniu o co chodzi, dowiaduje się, że gość chce nam porobić kilka zdjęć.
Przedstawił się, pokazał licencje, dał wizytówkę. Po chwili namysłu i krótkiej rozmowie odpowiadam Łaj not. Pstryk, pstryk, pstryk szybka sesyjka.

Po powrocie do domu i wygooglowaniu człowieka, okazało się, że pracuje dla kilku gazet lokalnych i firm reklamowych. No, także tego. Może świat show biznesu stoi przed nami otworem! Więc, nie zdziwcie się, gdy zobaczycie nasze twarze na pudełku czopków, czy ulotce o nietrzymaniu moczu 😉