Stało się!

Po urlopie macierzyńskim, na którym siedzisz w domu i nic nie robisz (żart z gwiazdką, dla nie kumatych), zachciało mi się wyjść do ludzi. Porzucić dorywczą pracę w domu. Swoją drogą, gdy ktoś się dowiaduje, że pracujesz w domu ma wyobrażenie, że siedzisz w domu, masz włączonego laptopa i ogólnie nic nie robisz, a kasa leci. No i wszyscy mówią fajnie masz, bo w domu jesteś. A myślą, w chacie siedzi i jej za to płacą. A to tak nie jest.
Musisz odbębnić to ileś godzin i zrobić to co masz zrobić, a czasem na koniec wszystko zaraportować. Dodatkowo z dzieckiem na kolanach i nierzadko w określonych godzinach przez pracodawcę.
A jeśli ktoś oferuje Ci prace w domu, elastyczny i nienormowany grafik, wspaniałą załogę, wyjazdy, szkolenia, górę pieniędzy i inne bzdety a jedyne czego wymaga to dostęp do internetu i pozytywne nastawienie, to nie daj się nabrać bo to ściema. Nie ma takiej pracy. 
Ale wracając do tematu, zachciało mi się być wśród ludzi. Wyjść z domu, malować się, ładnie ubierać jak te babcie w niedzielę do kościoła w najlepsze garsonki, latać samolotami, chodzić na bankiety, mieć rezydencje z basenem… trochę popłynęłam od tych babć, trzy ostatnie wykreślić.
Udało się! Przeszłam pierwsze etapy kwalifikacyjne! Zaproszono mnie do biura na główną rozmowę. Okazało się, że nie mam ani jednej garsonki! A wszystkie moje dotychczasowe outfity na rozmowy kwalifikacyjne składały się, od góry z koszuli, czasem nawet marynarki a od dołu… I tu uwaga, uwaga! Żeby nie było, że nie umiem eksperymentować z modą, bo umiem!

  1. z piżamy,
  2. dresu ale takiego typu ,,po domu”,
  3. z bielizny, lub gaci jak kto woli,

No bo kamerka internetowa zawsze od pasa w górę, no i te rozmowy tylko online. Nie jestem, aż tak ekstrawagancka by iść w dole od piżamy na rozmowę kwalifikacyjną, ciekawe co by powiedzieli. Swoją drogą to człowiek jednak dziczeje na chacie. Zawsze się zastanawiałam jak to będzie gdy, będę musiała wstać by np. zajrzeć w jakieś dokumenty. Musiałabym się jakoś przeczołgać, by opuścić pole widzenia kamery. I obiecałam sobie, że gdy może kiedyś ja będę przeprowadzać interview, to poproszę kandydata o powstanie.

Wracając do tematu.
Przymierzając wszystkie możliwe warianty i każdy z nich prezentując małżonkowi spotykałam się z krytyką…
W tym jakbym szła na casting do klanu, w tamtym jak ciotka z wesela, z którą nikt nigdy nie chce tańczyć, a w tym jak baba od matmy na studniowce. Przynajmniej jest szczery… Koniec końców udało się! Znalazłam to! Sama muszę przyznać, że jeszcze nie jest ze mną aż tak źle. Nieskromnie powiem, że wyglądałam całkiem, całkiem. 

Dobra! Idę! Ruszam do boju. Świat jest mój! I got the power! It’s my life! Zmierzam do świata garsonek, szpilek i ludzi pracujących. Gadam z nimi. Wszystko dobrze, nawet bardzo. Ale w trakcie zdaje sobie chyba sprawę, że to jednak, jeszcze nie ten moment. Jeszcze nie teraz. 5 dni w tygodniu po 8h nie licząc dojazdów, to chyba za długo bez mojego 15 miesięcznego dzidziusia, który w dalszym ciągu jest na piersi.
Niby fajnie, ale jednak przesrane. Niby ambitnie, ale w sumie do dupy. Niby tak ę ą, ale tak naprawdę eee tam.

I jak tu żyć! Wydaje mi się, że jest takie przekonanie, że kobieta musi pracować, się spełniać, gonić marzenia i inne sruty tuty, a gdy ktoś powie, że chce i lubi być z dzieckiem w domu to zostanie skrytykowany od góry do dołu.
Ja w tym wszystkim jestem gdzieś pośrodku. Chciałabym wyjść, coś robić, spełniać się, ale też mieć w tym wszystkim czas dla rodziny i dla siebie. Pobawić się, iść na spacer, ugotować coś pysznego i mieć na to siły, a nie z wywalonym jęzorem i poczuciem obowiązku, zapominając przy tym o sobie.

Wiem, że kobiety stają przed trudnym dylematem, a często nawet nie mają wyboru. Czy iść do pracy, czy zostać w domu, czy znaleźć pracę marzeń i się spełniać ale widzieć dzieci praktycznie w weekend, czy robić cokolwiek byle nie cały dzień i mieć ten czas dla rodziny codziennie. Czy da się to pogodzić? Co mam robić? Jak Ty to robisz? Jak żyć? Jak myślisz?